Witamy na startowej stronie przyszłego miesięcznika

WIATR OD MORZA

email: polskitd@wp.pl

 

 

Wiatr Od Morza będzie pokazywać gdzie są nasze statki i dokąd polscy marynarze docierają, jak żyją marynarze, jak żyją porty, jak żyje nasze morze.

Prosimy rzeczników prasowych w przedsiębiorstwach związanych z gospodarką morską o zrobienie wywiadów i przesłanie poczta e-mail. Prosimy także PP Dyrektorów i Kierowników Przedsiębiorstw o przysłanie tekstów, które chcieliby zamieścić.

Prosimy także osoby, które będą chciały z nami współpracować, o przysłanie tekstów na dowolne tematy, związane z morzem. Reportaże, wywiady, dowcipy, artykuły, artykuły dyskusyjne itp.

Prosimy o przysyłanie tekstów nie dłuższych jak (słów):

poezje - 200;
listy z morza i lądu;
artykuły - 400;
reportaże - 800;
opowiadania - 2000.

Pierwszy numer powstanie w oparciu o te materiały. Będziemy je gromadzić na tej stronie internetowej, a następnie umieszczone będą w kolejnych wydaniach zwyczajnego miesięcznika.

Zapraszamy

tymczasowy red.nacz. Jacek Kwiatkowski - tel. 606-408-152
- - - - z-ca red, nacz. Mirosław Naleziński - tel. (58)622-9727

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Precedensowy proces o nieprawne zlicytowanie statku - holownika morskiego...

Przez pomyłkę został zlicytowany statek - holownik morski. Miał płynąć z wystawą przemysłową do Kopenhagi. Na nabrzeżu w namiotach miały być stoiska reklamowe dla 40 przedsiębiorstw polskich.

Została zaciągnięta niewielka pożyczka w banku - na zakup paliwa, oraz ubezpieczony statek.

Przed wyjściem w kotle centralnego ogrzewania zrobiła się mała dziurka, przez którą nie zauważenie zaczęła wypływać rozgrzana woda. Kiedy zostało jej bardzo mało, w rozgrzanym kotle z wody wytworzyła się para, która rozsadziła kocioł i rurociągi do kaloryferów.

Gdy armator zwrócił się do firmy ubezpieczeniowej aby pokryła koszty awarii, ta odmówiła, tłumacząc, że bank zażądał, aby jemu wypłacić ubezpieczenie.

Armator wielokrotnie ustnie i pisemnie informował bank, że występuje pomyłka bankowa, że bank powinien otrzymać kwotę z ubezpieczenia tylko w takich wypadkach, gdy statek zatonie, lub ulegnie spaleniu w takim wymiarze, że odbudowa jego jest nieopłacalna. Jednak nie w wypadku drobnej awarii. Że bank uniemożliwia wypłynięcie statku w rejs, uniemożliwia zarobienie przez statek pieniędzy, uniemożliwia spłacenie zaciągniętej pożyczki.

Jednak bank nie ustąpił, zażądał zlicytowania statku, co się stało.

Będziemy informować o tej precedensowej sprawie, która z pewnoscią zainteresuje armatorów państwowych, spółdzielczych i prywatnych.

Więcej informacji
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Dom Marynarza w Gdyni

Hotel "Dom Marynarza" usytuowany jest w Gdyni przy Alei Marszałka Piłsudskiego, nr 1. Atrakcyjność hotelu to przede wszystkim jego bliskie usytuowanie od morza - 100m, i jednocześnie blisko centrum miasta.

Niegdyś Hotel ten miał typowo morski charakter. Służył marynarzom w czasie postoju w porcie bądź stoczni. Mieszkali w nim wyłącznie ludzie związani z morzem lub z przemysłem morskim.

Polskie Linie Oceaniczne, Polska Żegluga Morska, to firmy które w latach świetności posiadały mnóstwo statków. Okrętowały marynarzy, którzy czekając na przypłynięcie statku nocowali w naszym hotelu. Do Gdyni przyjeżdżali ludzie z całej Polski po to, aby uaktualniać książeczki żeglarskie, zrobić badania lekarskie (okrętowe) lub też wypłynąć w rejs. Stałymi klientami były rodziny marynarskie (żony z dziećmi), czekające na przyjazd lub wyjazd mężów,synów.

W dniu dzisiejszym Hotel jest ogólnodostępny i gości u siebie ludzi różnych profesji z kraju i ze świata. Korzystali z naszych usług sportowcy, aktorzy jak i politycy, niestety pobyt marynarzy wykazuje cały czas tendencję spadkową.

(Ewa Murach) * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Jest takie miejsce...

Dom to niezwykły. Pełen pamiątek po kapitanie ż.w.Czesławie Adamowiczu. Pełen eksponatów zwożonych do Orłowa z całego świata. Pełen niespodzianek. Na ścianach mieszkania niewiele pozostało miejsca. Wzrok przyciągają barwne malowidła wykonane ręką kapitana w przerwach między rejsami. Od progu kuszą witraże z kolumbowskimi malowidłami: to Barrakuda, La Bona Esperanza i norweska koga przesądzają o charakterze tego pełnego wspomnień wnętrza.

W przedpokoju z motywami corridy i rytualnymi maskami murzyńskimi połyskuje zawieszony na rybie pile dzwon pochodzący ze statku m/s "Generał Bem", a tuż obok ogromna skorupa żółwia z namalowaną na niej ręcznie mapą świata. Za rogiem łazienka-nie łazienka z kolorową mozaiką, przedstawia postacie kobiet. Na suficie namalowane ptaki-dziwaki. Kuchnia - na kaflach powstało ręcznie malowane zoo kapitana Adamowicza oraz zbiór talerzy z żaglowcami, o wzdętych wiatrem żaglach.

Nawet piwnica w orłowskim domu, to zejście jedyne w swoim rodzaju. Na jednej ze ścian wypisał kapitan nazwy wszystkich 300 portów, jakie odwiedził podczas swojej 40-letniej żeglugi. Przepłynął w tym czasie ponad 975 tys. mil morskich, co równa się okrążeniu kuli ziemskiej 45 razy. Obok pojawiają się nazwy 40 statków, na których pływał, począwszy od "Daru Pomorza", aż po m/s "Władysławowo".

Drugą piwniczną ścianę podzielił kapitan Adamowicz na dwie części. Wymyślił naturalnej wielkości postacie Murzynek, z których każda stąpa nogą po jednym stopniu. To tak, jakby sznurkiem wychodziły z ciemnej piwnicy.

Dom wilka morskiego powstał zgodnie z sentencją Hemingwaya, że każdy mężczyzna powinien go zbudować.

W Orłowie zawsze bywały dzieciaki z pobliskiej szkoły, które przyciągał niezwykły dar gospodarza do snucia ciekawych opowieści. No i te eksponaty - dziś pokryte patyną, których dom wciąż jest pełen... Niezwykły zodiak, gdzie każda z niewiast galopuje na innym znaku, a jedną z prac podpisano "...wykuł z nudów Kapitan Adamowicz".

Jego przygoda z rzeźbą zaczęła się od kawałka drewna sandałowego. Z braku narzędzi wykorzystał pożyczony od lekarza skalpel. Tak powstało kilkanaście figurek, do pracy nad którymi gorąco zachęcał go dyr.Smolarek z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Wszystkie prace kapitana pozostają w doskonałej harmonii ze zgromadzonymi eksponatami. Jest tu m.in.stolik oklejony monetami z całego świata, są bębenki obciągnięte skórą zebry, korzenioplastyka Carramaru z Salvadoru, jest płetwa rekina ludojada...

Czesław Adamowicz był przez naturę obdarzony hojnie - rzeźbił, malował, zajmował się metaloplastyką. Żyłka literacka sprawiła, że sięgnął też po pióro. Zostawił po sobie trwały ślad. Jest autorem książki "Morze sprzyja odważnym" napisanej w oparciu o pamiętniki z czasów konwojów atlantyckich i udziale w kampanii norweskiej na "Chrobrym". "Stokrotki nie rosna na morzu" napisał w latach 70-tych, a wydano ją posmiertnie w roku 1987.

Karol Ogierd Borchardt w swoim "Krążowniku spod Samosierry" zamieścił piękny wiersz kapitana:

...wrócę po szczęście zapomniane wrócę po szczęścia wielką moc... bo każda chwila będzie kontrastem teraz przeżytej chwili na morzu szalonej i dzikiej."

Był szczęśliwym dowódcą, wielokrotnie wyprowadzał swoje statki z opresji. Był wspaniałym i barwnym człowiekiem. Lata temu w książeczce M.Zaruskiego "Na morzach dalekich", młody uczeń Szkoły Morskiej Czesław adamowicz takie motto zapisał: "Książeczko, tyś pierwsza zewem morza w łeb mnie uderzyła i dziś pływam".

(Iwona Lange) * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Kłopoty ze znalezieniem wraków

Mamy III tysiąclecie i wydawać by się mogło, że technika stoi u nas na wysokim poziomie, zaś na szerokim świecie - wręcz na najwyższym. Na początku maja 2009 nagle tonie nasz kuter rybacki Wła-127 z pięcioosobową załogą i nie wiadomo dokładnie (jak to ująć, aby nie obrazić - lub skompromitować - szanownych wynalazców, inspektorów i urzędników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo) gdzie! Jaki to problem, aby do jednostki (póki co jeszcze) pływającej zamocować pływak za pomocą linki o długości większej niż głębia Bałtyku? Jeśli już statek tonie i rybacy giną wraz z nim, to przecież jest istotna - ze zrozumiałych powodów - kwestia odnalezienia ofiar oraz zlokalizowania wraku (ewentualne wydobycie, wypompowanie paliwa, a może tylko odzyskanie niektórych przedmiotów). Jakie koszty poniosły marynarki wojenne Polski i Danii, które poszukiwały rozbitków i wraku. Myślałem, że to taka polska przaśna technika...

Miesiąc później nagle znika z radarów i przepada w toni Oceanu Atlantyckiego supernowoczesny Airbus 330 z 228 osobami na pokładzie. Wysoko kwalifikowani francuscy piloci, najlepsze środki łączności i pozycjonowania w przestrzeni. I co? I nic! A przecież nie chodzi już o tych biednych ludzi (ginęli wyjątkowo długo, bo przez kilkaset sekund), ale nawet żeby ustalić położenie wraku i powody jego katastrofy oraz wyprawić godne pogrzeby ofiarom (w tym dwóm Polakom). Tu ludzkość zamarła - jak to, satelity widzą wszystko, zaglądają w gazety, namierzają komórki, a tu nowoczesny samolot nafaszerowany komputerami, antenami oraz prywatnymi telefonami i nic?

Jakieś pomysły? Aby umożliwić zlokalizowanie zatopionych wraków samolotów, należałoby zastosować szereg modyfikacji. Na przykład - po uderzeniu z wodą, z kadłuba wypadłoby kilkanaście niewielkich pływaków o jaskrawych barwach emitujących sygnały świetlne i radiowe. Czarne (a właściwie pomarańczowe) skrzynki powinny także odpadać od litego kadłuba i unosić się na wodzie. Przynajmniej jeden pływak powinien być przytwierdzony cienką a wytrzymałą linką (o długości paru kilometrów) do ważnej części kadłuba i unosząc się na powierzchni akwenu, wskazywałby dokładne miejsce zatonięcia. Owszem, podane propozycje trącają nieco wynalazczym średniowieczem, ale jeśli niczego mądrzejszego nie można wymyślić... A teraz jakie są koszty akcji poszukiwawczej oraz konsekwencje utraty wraku, pasażerów i czarnych skrzynek?

Towarzystwa ubezpieczeniowe powinny wymóc zastosowanie doskonalszych rozwiązań poprzez zróżnicowanie stawek - większe ulgi dla linii posiadających atestowane nowe wynalazki. W przypadku nieodnalezienia ciał ofiar, odszkodowania dla rodzin powinny być podwyższone, co podniosłoby stawki ubezpieczeń a w konsekwencji wymusiłoby wprowadzenie konstrukcyjnych modyfikacji (jednak po odnalezieniu ofiary, różnica byłaby przekazywana liniom lotniczym).

W tym rejonie i w podobnym czasie przeleciało kilkanaście takich airbusów i żaden nie miał kłopotów podczas podróży. Gdyby trefny samolot był mniej sławny, mniej nowoczesny, mniejszy i prowadzony przez mniej doświadczonych pilotów, to zapewne czuliby oni większy respekt dla sił Natury i większe obawy, ale człowiek za sterami samolotu (jednego z najlepszych) nie chciał uznać swej słabości i postanowił wyzwać Los na pojedynek - rzucił się w wir kataklizmu i... poległ. Mógł ominąć burzę, ale straciłby parę ton paliwa, nieco czasu i - jak zapewne uważał - poniósłby uszczerbek w honorze kapitana, zatem zaryzykował nie tylko swoje życie, ale niemal ćwierć tysiąca pasażerów, którzy zawierzyli mu to, co najcenniejsze. I... przegrał. To spekulacje, ale uprawnione.

Największa katastrofa lotnicza wydarzyła się 27 marca 1977 na Teneryfie, w której zginęło 583 osób znajdujących się w dwóch samolotach (Boeingi 747) linii PanAm i KLM (i to nie podczas lotu, ale podczas startu - na lotnisku!). Ustalono kilka przyczyn tragedii (p. Wikipedia, gdzie omówiono skandaliczne podejście do swoich obowiązków przez kilkanaście osób decydujących o życiu), ale jedną z nich była rutyna i autorytet graniczący z despotyzmem najbardziej doświadczonego pilota samolotu holenderskich linii lotniczych, którego decyzji nie odważyli się podważyć młodsi koledzy. Historia lotnictwa zna szereg katastrof spowodowanych rutyną doświadczonych i starych wyg awiacji.

Mirosław Naleziński

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Zdobyć Europę

Od lat obywatele Afryki szturmują wybrzeża bogatej Europy. Wielu z nich ginie podczas sztormów, niektórzy są wyrzucani za burtę po odkryciu, że są pasażerami na gapę. Szczęściarzom udaje sie uzyskać miejsce w obozie dla uchodźców, gdzie mają znacznie lepiej niż u siebie na wolności.

Okazuje się, że jest jeszcze jedna metoda przedostania się do lepszego świata (i to jeszcze za życia).

Co pewien czas jest głośno o somalijskich piratach. Porywają statki z załogami,sąściagani przez marynarki wojenne bogatych państw, które zwykle kompromitują się swoją niezdarnością.

W Zatoce Adeńskiej grupa Somalów zaatakowała statek "Samanyulo", chcąc go porwać dla okupu, jednak atak odparto w nieszczęśliwy (choć okazało się, że jednak szczęśliwy) sposób dla piratów. Otóż Duni płynący nieopodal wyłowili przestępców, a ponieważ zaatakowany statek płynął pod banderą Antyli Holenderskich, to przekazano ich Holendrom.

Pięciu Somalów ujętych podczas dokonywania aktu piractwa, postawiono przed sądem w Rotterdamie a oni są... szczęśliwi! Zamierzają wystąpić o azyl, ponieważ nie wyobrażają sobie, że gdziekolwik indziej mogłoby im być lepiej...

Piraci mają swoje plany - "Poproszę władze, żeby nie odsyłano mnie z powrotem do Somalii. Tutaj szanuje się prawa człowieka i chcę tu zostać. Można pograć w piłkę i oglądać telewizję". Smakuje im więzienne jedzenie, toaletę w celi uważają za coś niesamowitego, zaś pobyt za kratami chcą wykorzystać do nauki zawodu i języka.

Oskarżeni pochodzą z bardzo biednych rodzin. Mówią o wojnie w Somalii, braku pracy i o głodzie... Niestabilna sytuacja w Somalii w świetle praw człowieka zasadniczo wyklucza deportację oskarżonych.

Być może i im się coś więcej od życia należy, ale ilu Europów (w tym Polaków) klepie biedę i może tylko pomarzyć o ciepłym przytulnym więzieniu w Holandii. Chociaż nie - pomarzyć mogli o nim ćwierć wieku temu, kiedy paszportów nie mieli. Teraz już dowód osobisty wystarcza, aby ziścić swoje małe marzenia o pracy i życiu na Zachodzie. Także mają w odwodzie wariant B (jak owi piraci) - zawsze można zameldować się na dłużej w tamtejszym... więzieniu.

Holenderscy prawnicy ostrzegają, że przykład postawionych przed sądem piratów może znaleźć naśladowców - Somalowie (oraz inni Afrykanie) będą pozwalali się schwytać jako piraci (jak już im się nie uda tankowca zagarnąć), aby dostać się do Europy i to od razu do jej najlepszej części...

Parę tygodni temu, rzecznik policji naszego nadmorskiego miasta szczerze przyznał - spadła przestępczość w naszym rejonie, bowiem większość znanych nam przestępców wyjechała... na Wyspy Brytyjskie.

Kilkanaście lat temu odmówiono deportacji z Polski małżeństwa oskarżanego o wielkie malwersacje, ponieważ w Chinach groziła im kara śmierci. Chini także wygrali los na loterii, a podatnicy płacą za wszystkie dobrodziejstwa świadczone biednym przestępcom z całego świata. Gorzej, jeśli sami płatnicy przymierają głodem, a nie dostąpili zaszczytu bycia piratami, oszustami i innymi cwaniakami - są pod kreską i dopłacają do czyjegoś przestępczego nieszczęścia a niewiele mają z dobrodziejstw gwarantowanych przez prawa człowieka, które ktoś kiedyś podpisał a to w Helsinkach, czy Strasburgu.

Nieco wcześniej strzelano do wschodnich Niemców, którzy chceli zdobyć słynny mur a potem Zachodnią Europę, zestrzelono także polskiego lotnika, który także marzył o lepszym życiu. Teraz dla zaradnych (w tym niezbyt szlachetnych) nadeszły dużo lepsze czasy, ale za ich marzenia płacą wszyscy podatnicy, także biedacy.

I jedną niesprawiedliwość zastąpiono inną...

Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl